piątek, 18 września 2015

Czas wrzucić ( z lekkim opóźnieniem) dziennik Naszego ostatniego rejsu po wodach morza Irlandzkiego, Celtyckiego i Kanału Angielskiego.

I Dzień - piątek - 21.08.15

Niepunktualnie o 10 zbieramy się w Olsztynie pod siedzibą Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Ja, Adi, Brejo i Kaczor, pakujemy mandżur i ruszamy w drogę. Po drodze do stolicy dosiadają do Nas Adrian, Kuba, Radek i Paweł.
W sile 8 chłopa odbywamy busową podróż na lotnisko Okęcie. Podróż mija szybko, wszystkim dopisują humory, nie dostrzegam w załodze nawet odrobiny zwątpienia, a przecież dla większości z nich to pierwszy morski rejs, jakże inny od znanych im mazurskich klimatów. W Warszawie dołącza do Nas Piotrek, brat Radka. Ostatni załogant Tomek jest już w Irlandii.
Lot na trasie Warszawa - Charleroi ( Szarleruła) - Dublin to istne piekło :) przesiadki, odbiory bagażu, skakanie od arrivals do departures, czy Airbus czy Boening miejsca na nogi mniej niż w pksie Ełk - Grajewo.
W okolicach 0000 lądujemy w stolicy "Zielonej Wyspy". Cudowne ocalenie świętujemy ćwierćfunciakiem w McDonaldsie. Przed 0100 ładujemy się w autokar jadący do Dun Laoghaire, gdzie mieście się marina Royal Yacht Club of Ireland. Na miejscu wita Nas kapitan Andrzej Ziajko, od którego jutro przejmujemy jacht.




II Dzień - sobota - 22.08.15

Pierwszą noc na miejscu świętujemy browarkiem na klifach, nabytym w kiosku od Araba, oczywiście nielegalnie, spod lady :) Chcieliśmy uczcić tą chwilę zimnym Guinessem w jakieś miłej knajpce, ale życie towarzyskie na południe od centrum Dublina umiera ok. 0200 UTC., za co szczerze przepraszali Nas równie zawiedzeni Anglicy z Londynu.
Pobudka 0800 UTC. Prysznice, rozdział obowiązków i wyjście na śniadanie do Burger Kinga :) I oficerem został najbardziej doświadczony z załogi Adi, Drugim Kaczor a Trzecim odpowiedzialnym za zaprowiantowanie Brejo. Pod jego dowództwem większość załogi wyrusza do Tesco. Razem z Adim zostajemy, aby odebrać jacht i pomóc Andrzejowi i Tomkowi zatankować jednostkę.
Ształowanie, pakowanie, piwko :) , pożegnalny hamburger na mieście i jesteśmy gotowi do drogi.
1900 odpalamy katarynę, 20 minut później witamy się z morzem, pierwsze dwie godziny lecimy na silniku, przy bezwietrznej pogodzie, aby nabrać wysokości. Chwile po 2200 stawiamy żagle i ruszamy kursem 160° przy wietrze 2B.
Pierwsi załoganci dzielą się z Neptunem kolacją, humory dopisują. W nocy dopada Nas mała burza, chłopaki mają okazję na własnej skórze przekonać się jak szybko można zrzucić genuę i założyć ref na grocie. W ich oczach widzę lekkie przerażenie ( do czego przyznają się dopiero rano).







III Dzień - niedziela - 23.08.15

Po 0400 wachtę przejmuje Adi, stawiamy "genię", a po chwili rozwijamy całego grota. Od rana piękna pogoda, lecimy prawie prosto na południe. Oczywiście żeby nie było za pięknie o 1130 wyłączają nam się zegary ( sonda, wiatromierz, wskaźnik wychylenia steru), a po kolejnej godzinie pada nam wszystko.
Mała konsternacja, kilka prób restartu elektroniki i ........ DUPA :)
Tak się składa, że w trakcie rejsu czytam książkę kapitana Tomka Cichockiego o jego samotnym rejsie dookoła świata na "Polskiej Miedzi". W sumie z kapitanem Cichockim łączy Nas kilka rzeczy, w chwili obecnej kapitan przygotowuje się do rejsu dookoła świata na Delphi 47 "Glaspo", a ja płynę na "4 Oceans Dream", który jest bliźniaczą jednostką. Kapitan miał w trakcie rejsu awarie na jachcie, podobnie jak ja teraz... no i co najważniejsze oboje jesteśmy z Olsztyna :)
W sumie to lektura "Zewu Oceanu" pomaga mi z kolejnymi problemami na jachcie, czym jest wywrotka elektroniki kilkanaście mil od walijskich brzegów, w porównaniu z wywrotką jachtu na oceanie Indyjskim...

Wróćmy na morze Irlandzkie. Decydujemy się płynąć bliżej brzegu i zaczynamy prowadzić nawigację terestryczną. Bez problemu łapiemy namiary na kolejne latarnie i wysepki, w locji Reeds'a odnajduję też szybko najbliższy port schronienia ( na szczęście zawczasu sobie takowe pozaznaczałem).
W międzyczasie wraca nam GPS.... niestety tylko na pół godziny. Pocieszające jest to, że spisana pozycja potwierdza nasze obliczenia. Łapiemy zasięg GSM, krótka konsultacja z kolegą, który zna schematy okablowania na jachcie i po chwili przywracamy część systemu. Diagnoza : coś, gdzieś robi zwarcie.
Konsultacja telefoniczna z armatorem i decyzja o wejściu do walijskiego Milford Haven na szybki serwis.

Przed wejściem w Zatokę odpalamy silnik, po 10 minutach pracy, słychać małe "jebnięcie". Pierwsza myśli: coś z wałem albo sieci.... bieg wsteczny, może spadnie.... silnik pracuje w miarę normalnie, aczkolwiek powoduje drgania jachtu......... sieci........ Wyjścia nie ma lecimy do Milford. Szybki rzut oka na tabelę pływów i pierwszy sukces tego dnia, uda nam się wejść zaraz przed wysoką wodą :)
Po 2300 nawiązuję kontakt radiowy z bosmanatem, a o 2400 podajemy cumy na keję. Uffff....... walczyć z usterkami nie mamy już siły, siadamy przy stole, kilka drineczków i kładziemy się spać.














IV Dzień - poniedziałek - 24.08.15

Wczesna pobudka, śniadanko i siadam do maila. Od Marka - armatora jachtu, mam już przygotowaną listę zakładów, które mogą nam pomóc z elektroniką. BTW wszystkich armatorów odesłałbym do Marka na lekcje... full profeska, wsparcie 24 h. Zależy nam, żeby usterkę naprawić jak najszybciej i płynąć dalej. Niestety chodząc od zakładu do zakładu, najczęściej słyszymy słowo "BUSY".... próbujemy więc dzwonić po zakładach z okolicy, jeden z nich odległy o ok.10 km, został nam polecony przez brodatego miłego gościa  z firmy Windjammer. Krótka rozmowa i zbawienne : engineer should be at eleven ( była ten :) ).
Ekipa rusza uzupełnić zakupy do sklepu, a ja witam na pokładzie Bill'a. Spoko chłop od razu zabiera się do roboty. Cała naprawa nie trwa dłużej niż 40 minut. Diagnoza: jeden z kabli podłączony do bazy jest "goły", nie łączy się z żadnym urządzeniem i prawdopodobnie łapie wilgoć powodując zwarcie, kabel zostaje odłączony.
Jeden problem z głowy....
Pozostaje silnik. Generalnie w porcie zakaz nurkowania, można wyjść na zewnątrz, rzucić kotwice i zamówić nurków, koszt tysiąc funtów i raczej nie będą mieli czasu w tym tygodniu.... Uruchamiamy szare komórki w celu znalezienia rozwiązania problemu. Po chwili na bosaku ląduje kamerka HD, mały przegląd dna jachtu i mamy film. Wszystko jasne! Na śrubie mamy sieć, a właściwie siatkę, taką w jaką pakuje się ziemniaki, pewnie komuś nie była już potrzebna więc ciepnął ją do wody :/  Brejo rusza do akcji, kilka ekwilibrystycznych figur bosakiem i pozbywamy się części siatki. Po chwili znowu nagrywamy filmik.... sytuacja powtarza się kilka razy, aż w końcu siatka znika ze śruby. Michał zostaje MAN OF THE DAY :)
Ustalamy w bosmanacie wyjście na 0120 ( chwila po wysokiej wodzie), jeżeli już ma być prąd, to czemu ma nas nie pchać. Do czasu wyjścia marnujemy czas na rozmowy, żarty oraz zdjęciową sesję, a 2100 wszyscy lulu, prognozy na dalszą żeglugę lekko mówiąc "średnie".









V DZIEŃ - wtorek - 25.08.15

Chwila przed 0100 pobudka. Lecę pożegnać się z bosmanem, silnik ON i w drogę, przechodzimy przez otwartą śluzę portową i łapiemy kurs wzdłuż boi podejściowych. W euforii nie zauważyłem, że na plotterze nasz jacht jest pokazywany jakby płynął tyłem, a wszystkie instrumenty pokazują na odwrót..... Kanał 14 VHF : "Pierhead this is 4 Oceans Dream.....". Po chwili stajemy przy dobrze znanej nam kei. Wkurwienie sięga zenitu, w porzo elektryk Bill, gdyby teraz był na pokładzie, zostałby przeciągnięty pod kilem, dla chwili odpoczynku między cięższymi torturami.
Zgodnie stwierdzamy, iż "Walia Nas wciąga"... ale JAK TO! 10 chłopa nie ogarnie jakiejś głupiej maszyny i paru kabelków?!?!?!?! Wjeżdżamy sobie na ambicje. Biorę sobie do serca maksymę zdradzoną  mi kiedyś przez kapitana Piotrka Lewandowskiego : RFM ( czli Read the Fucking Manual) :). Chwytamy instrukcje i jedziemy z lekturą... Adi przybiera na twarzy wszystkie kolory purpury, producenci farb, mogą na podstawie  obserwacji jego buzi tworzyć katalogi kolorów :). Radek z Adrianem przeglądają schematy sieci elektrycznej na jachcie, my z Brejem walczymy z plotterem. W końcu decydujemy się na krok ostateczny..."przywróć ustawienia fabryczne"........ EUREKA!! :)  Ja rozumiem Bill, że jeździcie po złej stronie jezdni... ale kurde na jachcie ?????
Plotter i zegary pokazują wszystko tak jak należy, co Radek kwituje krótkim: " No... teraz to się kurwa boi Nam czegoś nie pokazać!"
Lecę po raz kolejny żegnać się z bosmanem, rzut oka na tabelę pływów nałożoną na godziny otwarcie śluzy portowej.... info niestety słabe, wyrok - 3 HW, czyli o 6 rano.... z drugiej strony kilka dodatkowych godzin snu dobrze Nam zrobi.
0620 wchodzimy do śluzy portowej i zjeżdżamy w dół, czytając mapę, głębokość powinna być na poziomie 3.2-3.5 m , a więc wystarczająco :) Idziemy wzdłuż portali na których ładują się tankowce, czarnym złotem z pobliskiej rafinerii. Jeden z nich odbija z pomocą pilota i trzech holowników 1 nm przed naszym dziobem. Wyglądają jak pani kaczucha z czwórką kaczątek i piątym szarym z tyłu, które po 2 godzinach kopania się z falą na silniku zamieniło się w pięknego łabędzia pod żaglami.. Płyniemy dalej!
Wiatr 5-7 B, ale kierunek prawie słuszny 210° - 220°. Robimy 5-6 w. ostro do wiatru, grot na refie, genua zrolowana do połowy.
1450 BRAK POZYCJI GPS....... BILL Ty głupi ch......
Kilka głębokich wdechów, przecież patrzyłem co ten walijski cwaniak robi cały czas, wypytujac o każdą wykonywaną przez niego czynność. Robię więc to samo.... 5 minut i systemy wracają.... koleś nie wyeliminował zwarcia i zebrał 65 funciaków, w dupie z takim specjalistą, posiadam już podobną wiedzę :)
1620 BRAK POZYCKI GPS..... szlag mnie zaraz trafi... podchodzę do tematu jeszcze raz, powoli. Analiza rozmowy z Anią i Billem. Ania sugerowała, że to wiatromierz, podejrzany według mnie jest również kabelek od sondy. Powoli, leżąc pod stołem nawigacyjnym, niczym mechanik pod samochodem, zagłębiam się w sieć kabli. Podłączam po kolei, a chłopaki rzucają info co zaczyna działać. Tym sposobem po kilkunastu minutach różnych prób i błędów dochodzimy do optymalnego, bezzwarciowego ustawienia. Zostajemy z plotterem z pozycją, z "odwróconym wiatromierzem", UKFką i wskaźnikiem wychylenia steru. Nie odpalam również NAVTEXu, jakiś skurczybyk podejrzany, a prognozy i tak się nie sprawdzają... kuchnia niewinność... każdy Coast Guard podaje inną prognozę, a każda z nich ma się nijak do rzeczywistości. Z całych przydatncyh pomocy meteo przydaje się jedynie GRIB, ściągnięty jeszcze w Dublinie.
Na radio powinni rzucać prognozę : "Bedzie walić z Biskajów, raz mocniej, raz ciut słabiej, koniec komunikatu".... wystarczyłoby na cały tydzień.
Wiatr wieczorem zelżał do 3-4 B, kurs niestety  już zachodni. Z rana będziemy się przymierzać do wejścia na Kanał Angielski.







VI Dzień - środa - 26.08.15

W środku nocy łapie Nas mały sztormik, rolujemy całą genię, zostajemy na G2, fala mocno odrzuca dziub z kursu, staram się tym wpłynąć dodatnio na nawietrzność, w porywach łapiemy 9 B. Chłopakom mówię, że to może 7, po co się mają stresować? :)
Akurat w tym temacie, jak rzadko, z Adim rozumiemy się bez słów, im sytuacja poważniejsza tym bardziej zaczynamy robić dobrą minę do średniej gry :) Jak budzą mnie rano na jego wachcie śpiewy i żarty, to już wiem, że coś jest nie tak. Akurat Adi zaraz wchodzi na wachtę, więc zaraz załapię kolejną 4 godzinną drzemkę....
Pozostałe dwie wachty też radzą sobie dobrze, a wręcz bardzo dobrze, jednak doświadczenie morskie chłopaków jest żadne albo znikome. Podczas szycht 2-ki i 3-ki najczęściej przybieram pozycję siedzącą lub półleżącą przy stoliku nawigacyjnym, przenosząc się na pokład "Polskiej Miedzi" do kapitana Cichockiego.

Po śniadaniu zbliżamy się do przylądka Land's End, oczywiście prawo Murphy'go na morzu obowiązuje ze zdwojoną siłą, najpierw halsówka w te i we wte przez kręcący wiatr, a potem pieprzony roller genuy przestał działać.... kilka chwil na dziobie wystarczyło, żeby wyczerpać wszystkie opcje i dwa zestawy suchych ubra, mimo nałożonego sztormiaka i gumioków... za drugim podejściem :)
Opcje dwie:
1) zrzucamy genuę i płyniemy na samym grocie z dorzuconą sztormową chusteczką na dziobie,
2) zostawiamy genuę i będziemy się martwić jak przyjdzie sztorm lub zrzucimy ją dopiero przed Cherbourgiem.
Wybieramy opcję nr.2
Z zachodem słońca wchodzimy na Kanał Angielski. Telefon łapie zasięg, szybkie sms do brata Pawła i Tabisia z prośbą o meteo. DZIĘKI CHŁOPAKI!
Sztormy raczej wykluczone, baksztagowo 4-5 B, jutro ma lżeć. Oczywiście Angole na radiu twierdzą zupełnie inaczej....
Jeden problem jest taki, że do celu musimy lecieć bardzo, bardzo pełno, a wykonanie rufy jest dość ryzykowne, mamy babysztag, więc za każdym razem genuę trzeba będzie przerzucać ręcznie... robiłem to wcześniej przy sztagach, uwierzcie mi, że ciężka robota :) Ciężko też więc, na tej "autostradzie" ustępować statkom...










VII - czwartek - 27.08.15

Od kwadransa na górze Adi, Adiran i Paweł. Testujemy na ile pełno jesteśmy w stanie płynąć mijając się z m/v Oeland ( 137 metrowym statkiem) :). Dość bezpiecznie.... 4 kable :)  ... za 20 minut 0100 czasu statkowego, myć zęby i lulu, o 4 pobudka i oramy dalej. No może jeszcze kilka stron z "Cichym" na Oceanie Indyjskim.
.... no to pospałem do 0400..... prawie.... o 0320 budzi mnie Paweł i woła na zewnątrz, ubieram ostatnie suche spodenki, koszulkę i wilgotny sweter ( prezent od taty na gwiazdkę), porządny sweter, nawet mokry daje dużo ciepła. Faktycznie, cosik się rozwiało, jakieś dwie podłe chmury rzucają Nas lewo, prawo dając silne szkwały. Dobra... grot w dół! ubieram szeleczki, sandałki i spacer pod maszt, chłopaki zbierają refy i luzują fał. Idziemy dość pełno, szybkie podostrzenie i żagielek leży w lazy jacku. Wracając do kokpitu odbieram lekcję ( kolejną), uderzam stopom w bloczek.... ałaaaa kur..... w nocy, w sandałach... pod maszt... BRAWO! Zmiana wachty, na górę wychodzi Kaczor i dwumetrowi bracia Gzyle ( btw. dla nich trzeba szykować inny budżet na rejs, we dwóch jedzą za ośmiu!!), moja wachta "siłowa". Przy kawce, śmiejemy się z sytuacji z przed kilkunastu minut, z purpury Adiego, która przebijała przez czerń nocy :).
Ponadto gdy stałem w zejściówce i analizowałem co robimy z grotem, z między moich nóg próbował na górę wyjrzeć Kaczor, co Adi skwitował : "wyglądałeś jakbyś wypatrywał promocji w Biedronce lub Mediamarkt" :)
0415 Adi woła: Sowa!!! Zauważyłeś, że nie świecą zegary nad zejściówką???!!!!
- NO RZESZ KU........chnia niewinność!
Zrywam się na górę, podnoszę materiał opuszczonej szprycbudy..... zegary wracają.... uratowani! :)
110 nm w linii prostej do celu, pluję sobie własnie przez ramię na koje, żeby nie zapeszać.... ale idziemy prosto DO.
Adi na górze uczy chłopaków, nowej, tajemnej wiedzy - trzymania kursu na baksztagowej fali. Ja tymczasem w nawigacyjnej staję się obserwatorem AIS-owym. Kanał Angielski to jedna wielka autostrada dla statków. Na Bałtyku czegoś takiego nie zobaczysz... słodzę kawę... kiedy ja ostatnio słodziłem kawę?!?!?!
oooo..... koniecznie muszę przekazać Markowi, żeby zainstalowali w nawigacyjnej jakiś uchwyt na kawę....
Chłopaków na wachcie nieźle miota fala. Na dole Adi odgrzewa resztki z obiadu, drzemy łacha, że każemy Kaczorowi wejść za mijający nas choinkowiec i trzymać się jego światła rufowego :)
Dochodzi 0500 czasu statkowego... statkowy mamy Polski, obecnie jesteśmy w strefie UTC, więc lokalny jest taki jak w Greenwich....... kur.... większa fala i część zawartości patelni ląduje za kuchenką.
Adiego wzięło na poranne porządki w kambuzie, pokładam się ze śmiechu :D
-"... kurwa! no jak tak można!?!? przecież kurwa same te zapałki się tu nie wzięły!... no jak tak można... kurwa! następna zapałka... no ja pierdole..."
Leżę na podłodze i płaczę ze śmiechu :)
Jemy kolacje o 5 nad ranem, śmiejemy się ze swojej ekwilibrystyki kambuzowej i własnej bezradności gdy jakaś fala kopnie nam w burtę.
Adi kładzie się na kojo... - " to co rano naleśniki z dżemorem...?"  hehehe

Tradycyjnie nocą mam chwilę na sprawdzenie zbiorników, w lewym 50 l wody, a lepiej ich nie zapowietrzać, odpalam też pompę zęzową... no i wracam do "Cichego" na Ocean Spokojny... idziemy na Horn!
Kilka minut po szóstej... do celu 100 mil w lini prostej. Sprawdzam dziennik, od 4 godzin robimy mniej więcej 10 minut w godzinę ( dla nieznających żeglarstwa brzmi to pewnie całkiem dziwnie:) ).
Z góry słyszę rozmowę:
-"ciemno jak w filmie porno"
-"jak to???"
-"chuja widać"
Słońce powinno wstać za godzinę z kawałkiem, czeka Nas jeszcze mijanka z m/v Mol Presence, 300 metrowym stateczkiem, AIS daje znać, że gdzieś za godzinę... więc zasłużyłem na 20 minut drzemki.
Wiatr z rufy ma jeden wielki minus.... w środku zaczyna być chłodno, na szczęście posiadając sporo doświadczenie w żegludze późno jesiennej na polskich stalowych pancernikach, przywykłem już do tego, że najlepsze źródło ciepła na jachcie to kawa, herbata i ciepły śpiwór.
1400 Od rana jak Herman Mayer między tyczkami tak "4 Oceany" między statkami, nasz track przypomina trasę slalomu alpejskiego, ktoś z zewnątrz mógłby pomyśleć, że załoga jest kompletnie pijana, a kapitan stracił wzrok. Przeszliśmy już rutę w stronę SW, teraz idziemy "pasem zieleni", z którego niechybnie wyprosi nas przez radio traffic control. Na szczęście drugą "nitkę" przecinamy pod większym kontem, 20-25 nm do zjazdu na "pobocze". Odpaliliśmy maszynę, zwiększyliśmy prędkość, zaraz ostatnia prosta.
1530 Zrzucamy obroty z silnika, statki ustawiają się w sznurek idący rutą. Czekamy, aż jeden nas wyprzedzi, następnie zaczynamy przyśpieszać i ostrzyć.
Jak byłem mały, pamiętam jak grałem na jakimś archaicznym sprzęcie typu commodore/atari i grę, w której chodziło o to, aby skacząc żabką z pasa na pas nie wpaść pod samochód. Kto by pomyślał, że 20 lat później będę miał to w wersji LIVE.
1620 Do celu 40 mil, minęliśmy autostradę, wyszło słońce... to chyba najprzyjemniejszy moment tego rejsu.
Zbliżamy się do Cherbourga, 2-3 mile przed główkami nawiązuję kontakt z kanałem traffic, pytam o ruch na wejściu, dowiaduję się iż chodzi pogłębiarka i będzie wychodził jakiś pasażer oraz tego, że obsługa mariny już na pewno nie pracuje, więc mam śmiało się ładować. Zaimponowałem tą konwersacją całej załodze, chłopaki nie mogę wyjść z podziwu, że zrozumiałem ten frangielski.... w sumie to sam się sobie dziwie... :)
Co jak co ale to chyba największa wada Francuzów.
2320 wchodzimy do mariny... podajemy cumy i kończymy pierwszy etap rejsu.
Następnego dnia małe zwiedzanie Cherbourga i oczekiwanie na kolejną załogę.









Załoga spisała się na medal, na prawdę chłopaki dali radę, mam nadzieję, że również im się podobało.
W każdym związku trzeba się do siebie przyzwyczaić, dotrzeć, no i chyba podczas tego rejsu tak się z       "4 Oceans Dream" dotarłem, wiemy czego możemy od siebie wymagać, zaczęliśmy się rozumieć :)

* zdjęcia autorstwa Piotra Gzylewskiego

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz